Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Stare kaczki

    Czas się kurczy. Jakimś sposobem kumuluje się i gromadzi w tak dziwny sposób, że jedynie w ciągu kilku godzin dziennie jestem w stanie myśleć i działać efektywnie i choć wieczory spędzam spokojnie, z filmem, albo przesłuchiwaniem nowej płyty, na krok nie odstępuje mnie poczucie ciągłego braku czasu. Z niecierpliwością czekam, aż zacznę zauważać, że dni się wydłużyły, że o dziewiątej wieczorem jest jeszcze jasno i chce mi się spacerować, rozmawiać i nigdzie nie spieszyć.
   Ten czasowy grabieżca dobrał się nawet do moich świętych dni weekendowych, do naszych kocich wspólnych chwil, zarezerwowanych i zastrzeżonych. Przychodzi po prostu moment dojrzałego wyprawienia się do pracy w sobotę i w niedzielę. Trzeba wstać wcześniej niż zwykle, a i dzień wcześniej trochę przygotować do zajęć, trzeba być przecież sumienną i odpowiedzialną korepetytorką, co to nie boi się ani całek ani wczesnego wstawania. Trzeba też poinformować swojego partnera, że najbliższe weekendy nie uwzględniają żadnych moich podróży, więc albo on przyjeżdża, albo się nie widzimy. Trzeba też powiedzieć, zgodnie z prawdą, choć ze ściśniętym gardłem, że się rozumie, że on może nie chcieć za każdym razem rezygnować ze swoich spotkań z chłopakami, z gry w kosza i rodzinnych obiadów.
    On mówi, że nie ma o czym rozmawiać i pyta czy zostanę jego walentynką. Przyjeżdża, nazywa głuptasem, wstaje wcześniej w sobotę i w niedzielę, żeby zjeść wspólnie śniadanie, odwozi, odbiera i nie protestuje kiedy ciągnę go nad staw w centrum miasta. Burczy nam w brzuchach, wybija powszednia godzina obiadowa, która zwykle zastaje nam w piżamach, tym razem stoimy na brzegu krusząc chleb i karmiąc kaczki. Po naszej lewej ojciec z ubawionym za sprawą kaczek dzieckiem, po prawej para staruszków trzymająca się za ręce i rozprawiająca o kaczce z niebieskim dziobem, topniejącym śniegu i jak to się wszystko zmienia. Wracamy w dziwnym poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, czy jakiegoś nad wyraz dobrego uczynku.

Fot. Założę się, że całują się pod wodą...
    
    Dzisiaj ponieważ nie mam jak zwykle na nic czasu, a jedynie na film wieczorny oglądnęłam "Kolejny rok" Mike'a Leigh. Pełny dialogów i obrazów przeciętnego życia, pełen prawdziwych postaci, które ścierają się z samotnością, opuszczeniem, troszczą o innych i piją herbatę przy kuchennym stole. Kino europejskie ma tę  bezdyskusyjną przewagę nad amerykańskim, że aktorzy nie zawsze są piękni, o doskonałych proporcjach twarzy lub po prostu sympatyczni i dobrze wyglądający - zdecydowanie częściej mają kaprawe oko, przerzedzone włosy lub  koszmarny zgryz. Cenię bardzo tę prawdziwość. Wyobrażam sobie, że w zależności od wyjściowego nastroju ten film, może dodać otuchy, albo przygnębić i pozostawić w naprawdę paskudnym humorze. 
    Lekko zdezorientowana wysłałam do Kota sms: "Na starość chcę z Tobą karmić kaczki."
    Kot: "Ale tylko te stare!"

    That's my man!

Fot. 






poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Make a wish

    ...a dziś tylko myślę i myślę. Znowu za późno wyjechałam od Kota, znowu się spóźniłam do pracy, znowu nie zdążyłam zrobić nic z tego co zaplanowałam. Mam poczucie, że ciągle jestem z tyłu...cudownie, że z Kotem, ale jakoś tak zawalamy swoje sprawy zawodowe, a do tego czasem urzędowe bzdury, bo wyciągamy się z gazetami, albo rozwiązujemy sudoku przez trzy godziny. Debatujemy nad tym co by tu nowego ugotować, czy może na wieczór jakiś horror i czy nikt już dziś nie robi dobrego horroru?! Wygrywamy siebie, ale przegrywamy nasze miejsce w świecie, społeczeństwie, jakkolwiek to nazwać. Po trzech godzinach jazdy samochodem, jednym przeklinanym rowerzyście i dwóch przeklinanych jeszcze bardziej traktorach, a w międzyczasie dziesiątkach myśli jestem pełna postanowienia poprawy, ogarnięcia i planów. Jestem już w piżamie i mam zamiar zacząć od wcześniejszego wstawania. 
Drugie: w pracy lista zadań do ukończenia, pozostał rok do zamknięcia projektu, ważą się losy finansowania, kończ to droga panno, jak nie teraz to kiedy? 
Trzecie: powrót do źródeł, czyli filmów tych prawdziwych i poruszających. Mam nadzieję, że uda mi się Kociaka nakłonić do zaliczenia niżej wymienionych. 


    Wymieniony spis jest aktualizowany każdego roku, jak narazie z obowiązującego widziałam osiem filmów i przyznaję, że są jednymi z moich ulubionych, ciągle mądre i ciągle świeże. Sama rzucam sobie tę rękawicę i już jestem podekscytowana.

p.s. Wczorajszej nocy po przerwaniu w połowie hiszpańskiego horroru, który mnie uśpił, a mojego Zwierzaka znudził, owinięci w koce, leżeliśmy na leżakach w ogrodzie i gapiliśmy się w niebo, podziwiając rój Perseidów. Kociak uwielbia wszystko co kosmiczne, gwiazdy, planetoidy, łaziki i ten nasz mały wspólny kosmos, kiedy myślimy i mówimy to samo. Każda spadająca kometa, rysująca na niebie złoty przecinek sprawiała, że miałam ochotę wskakiwać mu na kolana i krzyczeć 'jaka cudowna!'. Piękne to było, Immanuel Kant się w nas odzywał ze swoim: "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie". Zasypialiśmy jeszcze pełni zachwytu, ja dodatkowo z kołatającym sercem - może ten horror wcale nie był taki zły, bo kiedy zapatrzona w niebo usłyszałam chrumkanie pod swoim leżakiem, a później kot Kota wskoczył na mnie chętny do zabawy o 2 w nocy wrzasnęłam tak głośno, że strach i przerażenie w tamtej chwili zdecydowanie wygrały z podziwem i błogością.

"Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie."
Immanuel Kant

Make a wish!
www.sciencephoto.com

poniedziałek, 16 lipca 2012

Animal Nitrate

    Wszystko zaczęło się od chmury. 
    Piątek rano. Leżę, patrzę w okno i rozmawiam z Kotem. Nagle:
    Ja (uradowana jak dziecko): Chmura w kształcie krokodyla! Nie rozłączaj się, robię zdjęcie, zaraz Ci wysyłam.


    Śniadanie zjedliśmy razem, podziwiając krokodylową chmurę na wyświetlaczach telefonów, bo ta na niebie została rozwiana w trzy i pół sekundy.

    Weekend spędzaliśmy we Wrocławiu, czyli ja obmyślając ciągle co będziemy gotować, rozgotowywać i po czym Kot będzie zmywać, a moje Kocię organizuje rozrywki i planuje wyjścia. Po piątkowym okazało się, że sił wystarczyło tylko na paellę i niewymagający film. Trafiło na „We Bought a Zoo”.


    Zakładałam, że pośniemy w ciągu pierwszych trzydziestu, góra czterdziestu, minut, ale oglądnęliśmy z subtelnymi uśmiechami dla przyjemnej, niecodziennej historii, którą zrealizowano po prostu mało oryginalnie. Jak można się było spodziewać nie jest to arcydzieło kinematografii, ale całkiem niezły film familijny, który bawił nas momentami – czasem, bo był przewidywalny, a czasem, bo rozkoszny.

    Ja: Lisku, kupimy sobie zoo? – zapytałam później – Ale takie małe? Może tylko piesa i kota i...
    KOT(zachwycony): Aaaaalbo tylko rybkę. I żeby nie było jej smutno nazwiemy ją George and Joey i będzie myślała, że jest jej dwie.

:o)

    KOT: Wysłałem ci ten filmik, gdzie gość próbuje uratować rekina wyrzuconego na brzeg? Wciąga go za ogon do wody, a potem musi szybko uciekać, żeby nie zostać zjedzonym?
    Ja: Nie, ale widziałam o fokach..biedne takie, wyrzuciło je na piach i nie umiały się przekulać do wody...a te wielorybki z Nowej Zelandii?
    KOT: No a pandy?
    Ja: What?!
   KOT: No pandy..te jak się zaprą to za nic nie wciągniesz do wody. Nie wiedziałaś? Uparciuchy, mówię ci...

:o)

    Zaraz po tym jak natchnieni filmem postanowiliśmy pójść do zoo, zaczęło padać. Od celu dzieliło nas dosłownie 10 minut spacerem, więc czekaliśmy cierpliwie i rozmawialiśmy o naszych ambiwalentnych uczuciach odnośnie ogrodów zoologicznych. Czy to ratuje te zwierzęta, czy raczej naraża je na cierpienia, na życie za kratami, na ograniczone wybiegi, abyśmy mogli je sobie oglądać...ja sobie pomyślałam, że skoro już tam są to może pójdziemy i zapłacimy za bilet, żeby mogły chociaż mieć za to kolację...Wiem też, że to zamyka błędne koło podaży i popytu: zapotrzebowanie zwierząt i tworzenia zoo dla ludzi, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek zbił majątek na pracy w zoo (legalnie czy nie), tak sobie to wytłumaczyłam.

    Ja (zadumana): A co robią zwierzęta kiedy tak ciągle pada?
    KOT: Jak to co.. myją pachy!
    Ja: Ciekawe jak taki hipopotam myje pachy..?
    KOT (rozbawiony): Długo. Lollolooo o tutaj troszkę niedoszorwałem..ups..excusez-moi...lolllo
    Ja: Ty jesteś jednak głupkiem, Lisku, idę to gdzieś zapisać, bo potem będziesz się wypierać.

:o)

    I przestało padać. Więc poszliśmy. Owijając się przed wyjściem moimi ostatnio ulubionymi akcesoriami, zauważyłam coś nowego (KOT: Niespodzianka!). Pingwin od mamy, a panda, przyczepiona ukradkiem, od Kota.


    Zwariować można z tymi moimi zwierzakami.
   A w zoo faktycznie wszystkie umyte. Kotiki (nie uchatki) zrobią wszystko dla kawałka ryby, krokodyle nic, rysie szaleją, jaszczurki nic, lwy śpią, karaczany fuu, małe świnki mnie rozczulają, a szympansy są takie smutne, że aż się chce je wykraść i skrobać po brzuszku.

Nie wiem, no sama nie wiem co o tym zoo myśleć....

Na koniec piosenka ze zwierzakiem w tytule:
Suede - Animal Nitrate


czwartek, 24 maja 2012

in order

     Wtorek to taki dzień, kiedy budzę się sama i od razu sięgam po telefon, żeby obudzić Kota.  Odpowiedź na moje żwawe „Wstajemy!” bywa bardzo różna: od równie dziarskiego zapewnienia, że Kot już na nogach, po ciche na wpół przytomne mruczenie i szelest pościeli po drugiej stronie słuchawki.  Później następuje dzień, który zwykle dzięki osobom spotykanym w czasie pracy, przynosi ze sobą wiele radości, niekontrolowanego śmiechu i satysfakcji z załatwionych spraw, które można skeślić z listy pt. „Załatwić”. Wieczorem, kiedy zaczynamy z Kotem do siebie wydzwaniać, ja zaczynam złościć się i tęsknić, dąsać się i rozmyślać (w zachowanej kolejności)­. Najpierw się złoszczę, bo chciałabym podzielić się tymi wszystkimi radostkami nazbieranymi w ciągu dnia, a połowy nie mogę sobie przypomnieć, część też nie wydaje już się taka wcale warta opowiedzenia, szczególnie że wtedy właśnie zaczynam tęsknić najbardziej, bo czasem krążę żywo gestykulując i wiem, że u Kota to, co opowiadam nie wydaje się takie śmieszne..eh! I dąsam się na siebie, bo po cóż znowu zdawać relacje z każdej minuty, czy aby nie za dużo tej wylewności...wszystkie polonistki goniły mnie za nadmiar dygresji i wybitne wycieczki słowne, oddalające mnie od rozważanego tematu. Ale co ja poradzę..tak już mam i zaczynam po raz tysięczny rozmyślać  nad tą dzielącą nas odległością..wtedy wtrącam sławetne ‘Nie zgadzam się, Panie Kocie. Na mnie tutaj, a Ciebie tam. Nie zgadzam się po tysiąckroć’.
      
Teraz włączamy Marię P. – „Miły Mój”


       Wczoraj był znowu wtorek. Miły Mój wyjechał jak zwykle, a ja w trakcie dnia postanowiłam – jak niezwykle – nie kończyć dnia rozczulając się nad sobą. Przeznaczyłam wieczór na zajęcia ogólnorozwojowe i relaksujące... poleżałam z książką , wybrałam się z przyjaciółmi na jogę , przyszedł też czas na porządki w komputerze, maseczkę do twarzy (łagodzi i nawilża) oraz malowanie paznokci. W ferworze aktywności zabrałam się za mycie naczyń i sprzątanie w kuchni (chronologia cały czas zachowana), które to przeciągnęło się do późnych godzin nocnych. Dzień zakończyłam więc spapranymi pazurami i podrażnioną twarzą (choć maseczka łagodzi i nawilża zalecono zmyć po 30 minutach. Nie da się ukryć 30 to nie 90). Brawo! Brawo, moja panno, za organizację.
      Zasypiałam mimo wszystko z uśmiechem. 

„Miły Mój
Ty zawsze przy mnie stój
We śnie na jawie
Spotkajmy się na kawie”

      Szczególnie, że przedtem zdążyłam przedstawić Kotu kompletny rozwój wydarzeń, oczywiście – w zachowanej kolejności.

poniedziałek, 7 maja 2012

and i envy you..


    Szukam w sobie zrozumienia dla zazdrości. Mojej.
  Nie umiem z nią walczyć i choć staram się ze wszystkich sił, nie potrafię jej jasno zdefiniować. Przypadkowo oglądnęłam odcinek serialu z cyklu reality o rywalizacji tańczących dziewczynek, i gdy choreografka wymyśliła im temat prezentacji „siedem grzechów głównych”, musiała przy tym wytłumaczyć dokładnie co to jest (rzecz miała miejsce w USA)...Wyjaśniając nieletniej show girl czym jest zazdrość, powiedziała: „to jak wtedy, gdy chcesz mieć to, co inni i jednocześnie nie chcesz, żeby oni to mieli”. O matko!  Im bardziej o tym myślę tym bardziej się nie zgadzam...
    Ostatnie dni spędziłam w gronie szczęśliwie zakochanych, zaręczonych, zamężnych, żonatych i/lub mieszkających razem, i każdy dzień napinał się do granic wytrzymałości z tej zazdrości, a wieczorem pękał i wyzwalał płacz z byle powodu, albo w tych stanach napięcia zbroił mnie w niewidzialny pancerz, przez który siedziałam osowiała i na każde „co się dzieje?” odpowiadałam szczerze zdziwiona „co? Nic, to znaczy co? Nie no nic...”. A to nie było nic.
    I wcale moja zazdrość nie objawia się tym, że chciałabym komuś coś odebrać..w ostatnich dniach sprowadzała się do tego, że chciałabym mieć tyle odwagi, tyle siły i tyle wsparcia, żeby świadomie wprowadzić zmiany w nasze Kocie życie. Patrzę na moich przyjaciół, którzy podejmują różne decyzje, czasem wydawałoby się zbyt szybkie, zbyt pochopne; czasem takie, które czekały na podjęcie już kilka ładnych lat..jakoś tak się składa, że ostatni czas bywa przełomowy w moim pokoleniu..widać rocznik osiemdziesiąt i kilka nagle dochodzi do jakiś wniosków. Ja i Kot  nie. Jak nam się udaje funkcjonować, będąc oddzielonym przez te dziesiątki kilometrów? – sama nie wiem. Akurat pomagaliśmy w przeprowadzce przyjaciół. Między słowami planowaliśmy swoje mieszkanie. Tutaj ciemnoszara ściana z cegieł i ciemna kanapa, jasny parkiet, plakaty filmowe na ścianach – oczywiście czarno-białe, mała szafka na wina...wszystko jest wspólne, oprócz realnej przestrzeni życiowej.
   Czy to frustracja, czy zazdrość? Czasem chciałabym umieć nazwać te moje łzawe żale i opowiedzieć wszytko Kotu..żeby wiedział, że ten płacz to nie z powodu poniedziałkowej rozłąki, poweekendowej chandry, ciężkiego filmu...tylko dlatego, że uświadamiam sobie, że można mieć się na codzień, można poświęcić coś -żeby wygrać kogoś i można po prostu nie wartościować pracy - kiedy w grę wchodzi ciepło, miękkość i ta cudowna obecność ukochanej cząstki wszechświata.
Tak ja to widzę. Ale piję właśnie piwo z kieliszka do białego wina, bo akurat był pierwszy w szafce..więc może bredzę?..hmm..?

    Przygrywa soundtrack z The Wire... Toma Waitsa – Way Down In The Hole w kilku znanych odsłonach.
Wklejam jedną, polecam odkopać wszystkie, także polskie – Kazika i Matyldy Damięckiej.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Różowe ucho

     Skala tęsknoty rozciąga się u mnie podobnie jak zasięg lenistwa.  Albo odwrotnie, bo lenistwo było pierwsze. A teraz przenikają się wzajemnie i już nie wiadomo, które za co winić.  Nieogarnięcie ładnie nazwane prokrastynacją towarzyszy mi od początku tygodnia, choć ze wszystkich sił staram się przekonać siebie, że a) mycie okien jest absolutnie konieczne teraz już! b) praca, która czeka już dwa dni, może poczekać jeszcze ze dwa i wtedy dopiero znajdzie się w radarze „ostatniej chwili”. 
    Wyciągnęłam więc puzzle, które dostałam od Kota z okazji Bożego Narodzenia, nasze zdjęcie podzielone na tysiąc elementów. Uwielbiam tę fotografię! A o tym jak bardzo nie nadawała się na układankę świadczy  pewnie pół tysiąca klocków stanowiących tło, obsypany kwiatkami klomb. O Ty Kocie złośliwy! Wyłowiłam same strategiczne elementy, a pierwsze co udało mi się poskładać w całośc było Kocie ucho...Siedziałam, popijałam piwo, blond piana uciekała ze szklanki w rytm The Divine Comedy Milii J., a ja gapiłam się na ten kochany kawałek ciała, miękki i ciepły i tak strasznie za nim zatęskniłam... Na to wszystko przypomniał mi się wiersz Herberta, cudowny!

                              Myślałem
                    znam ją przecież dobrze
Napatrzeć się na nas nie mogę,
Poukładać nas - nie umiem

tyle lat żyjemy razem
znam
ptasią głowę
białe ramiona
i brzuch
aż pewnego razu
w zimowy wieczór
usiadła przy mnie
i w świetle lampy
padającym z tyłu
ujrzałem różowe ucho
śmieszny płatek skóry
muszla z żyjącą krwią
w środku
nic wtedy nie powiedziałem —
dobrze byłoby napisać
wiersz o zielonym uchu
ale nie taki żeby powiedzieli
                   też sobie temat wybrał
                      pozuje na oryginała
          żeby nawet nikt się nie uśmiechnął
               żeby zrozumieli że ogłaszam
                            tajemnicą
               nic wtedy nie powiedziałem
              ale nocą kiedy leżeliśmy razem
                  delikatnie próbowałem
                     egzotyczny smak
                       różowego ucha

               Zbigniew Herbert "Różowe ucho"

przy akompaniamencie Milii Jovović, płytą The Divine Comedy:



     Zanim zdążyłam podzielić się z Kotem tęsknotą za jego małżowiną, dostałam maila zatytułowanego "Gryzę ucho"...nie pytajcie skąd On wiedział...Takie zbiegi okoliczności zdarzają się niemal codziennie odkąd go poznałam. Nagminnie dzwonimy do siebie w tym samym momencie, zdarza się, że np. z tego samego sklepu, jemy dokładnie to samo, budzimy się równocześnie, choć oddaleni o 180 kilometrów albo bez uprzedzenia wybieramy ten sam seans kinowy w dwóch różnych miastach...Pomaga to pielęgnować wspólny oddzielny świat, nieustannie trzymać prosto syjamskie kręgosłupy. I dzielę się moją nawiną wiarą, że te niezwykłości, ten mały nasz cud to jak jego nieziemskie ucho, że słyszy nawet niewypowiedziane.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Co to to szczęście?


"Pragniemy, żeby miłość trwała, a wiemy, że nie trwa, choćby cudem miała trwać 
przez całe nasze życie, i tak urwie się w jakiejś chwili. 
Żadna istota, nawet najbardziej kochana, nigdy do nas nie należy.
Na okrutnej ziemi, gdzie kochankowie umierają czasem rozdzieleni, a rodzą się 
zawsze z dala od siebie, absolutna komunia na cały czas życia 
jest niemożliwym żądaniem."
Albert Camus "Człowiek zbuntowany"

    Gdy czytam ten cytat mam ciarki na plecach. Jak to, że nie trwa? Że w ogóle, czy że za grobową deską to już nic nie ma? Ostatni czas skłaniał mnie do wielu przemyśleń, z wyszczególnieniem moich roszczeń do świata i ludzi. Poza tym był to tydzień z Kotem. To było moje właściwe Święto. Religijny i mistyczny wymiar Wielkanocy gdzieś mi umknął w tym roku, albo też niechcący został przysłonięty przez radość z bycia we dwoje. Przemierzyliśmy 700 km, ode mnie do Kota i między naszymi rodzinami. Zupełnie spokojnie i bezstresowo, bez względu na sytuację na drogach, korki, chaos pakowania, usilnego przewidywania pogody i nasze życie na kocią łapę. Z Kotem wszędzie jest dobrze i cudownie świątecznie. Jest czas na rozmowy z bliskimi, oglądanie filmów i czytanie gazet, na głaskanie się po najedzonych brzuchach i przeszkadzanie mamie w kuchni, na nauczenie siostrzeńca nowych słów, a następnie fascynację w jak błyskawicznym tempie rozwijają się dwulatki!
   Rozmyślanie nad moim szczęściem towarzyszy mi od kilku dni...Skąd człowiek wie, że jest szczęśliwy? Bo przecież zawsze ma jakieś kolejne marzenia, dalsze cele i pragnienia, których narazie nie werbalizuje, ale one są tam i czekają, aby wyjść na jaw. Zawsze może być bardziej i więcej. Człowiek może jakimś sposobem wie. Ja nie wiem. Nie wiem czy to już, czy to za chwilę...ale jedyne co wiem, to gdy przestaję myśleć o wartościowaniu kolejnych dni i po prostu się im poddaję, czuję się tak lekko, beztrosko i zupełnie na swoim miejscu. Nie chodzi o niedostrzeganie trudnych sytuacji czy ignorowanie problemów, ale nabranie zdrowego dystansu, poczucia bezpieczeństwa i siły na poradzenie sobie z nimi. Kiedy wwąchuję się w Kocią koszulę i zaczynam myśleć „Boże! Jak cudownie, jak pięknie!”, z prędkością francuskiego TGV pojawiają się kolejne komiksowe chmurki nad moją głową, że za dwa dni już tak nie będzie, że znowu kilka nocy w pustym łóżku i samotny kubek kawy rano..a te wszystkie złowieszcze myśli – choćby nadzwyczaj wątłe – potrafią podciąć największe skrzydła. Ciągle uczę się nie błagać „chwilo trwaj!”, tylko samej trwać w chwili, pieszcząc ciepły brzuch.. co to, to szczęście? To Kot!

http://1funny.com/happy-kitten-nap/
 
     Co do komiksowych chmurek i leżenia z Kotem - pierwszym skojarzeniem muzycznym jest soundtrack z filmu "Drive". Film w fantastycznym klimacie, ciśnie mi się na usta słowo "retro"...czy trafne? Raczej tak, takich filmów już się nie robi, a szkoda. Momentami wzruszał, przerażał i sprawiał, że zaciskałam palce, patrząc na brutalne sceny (oczu nie zamykam, bo szkoda tracić film..). Bohaterowie są czytelni i wyraźni, co nie znaczy, że chadzają z posępnymi twarzami, albo chowają się po kątach. Ryan Gosling i Carey Mulligan oszczędni w środkach wyrazu są jak najbardziej trójwymiarowi, ale nie przerysowani, chciałoby się rzec "normalni", ale właściwie nie wiem czy to nie krzywdzący epitet. Melodramat z akcją, albo film akcji z wątkiem romantycznym, zakazana miłość stylistycznie obsadzona w latach 80tych. Film jest niesamowicie równy, fantastycznie skadrowany, a muzyka od razu przykuła moją (i Kota) uwagę. Została natychmiastowo wciągnięta na listę spraw do załatwienia i już od kilku miesięcy pobrzmiewa w naszych samochodach oraz sypialniach.
Na zachętę z ilustracjami Roya Lichtensteina: