Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2013

Tu i teraz

    Zamówiłam "Sztukę minimalizmu". Taka książka, co to pomoże mi pozbyć się jednej trzeciej zawartości szafy, półek, kartonowych pudełek, a najlepiej zrobi to za mnie. Zamówiłam książkę tak jak dziesiątki innych rzeczy przez allegro i po raz pierwszy się przeliczyłam, a pieniądze odzyskałam dopiero po zapowiedzi złożenia doniesienia o popełnieniu przestępstwa. Tym samym odebrałam wymowny sygnał, że nie wyręczy mnie ani książka, ani telewizyjne mydliny o sprzątaniu.
    Było to w lutym i od tamtych dni zdążyłam kilkakrotnie namówić się do wyrzucania niepotrzebnych rzeczy - oczywiście tylko dlatego, że mam na głowie ważne spawy, nie cierpiące zwłoki (niech żyje prokrastynacja, ahoj!). Ale też pewnie trochę dlatego, że jako wielki chomik żyjący na niewielkiej przestrzeni i ciągle szybko przywiązujący się do nowych papierów, zginęłabym marnie.
   Ostatnio zagrzebuję się w starych "Zwierciadłach", "Wysokich obcasach" i, trudno napiszę to, "Cosmopolitanach". Na pociągowe wyprawy zwykłam zabierać coś do czytania i do oglądania, i tych ostatnich pozbywam się dziś bez bólu, ale wspominam wszystkie quizy, które śmiertelnie poważnie rozwiązywaliśmy z Kotem, choć nie umieliśmy znaleźć czasem logicznego powiązania pomiędzy pytaniem, a proponowanymi odpowiedziami. Nie dowiedzieliśmy się niestety jak być zawsze crazy sexy cool i jak w pół minuty rozpalić wszystkie zmysły, ale często mieliśmy niezły punkt startowy do rozmów i dyskusji, a to rozmowa okazywała się najbardziej podniecająca... Czy tak całkiem najbardziej to chyba się pospieszyłam z tym przymiotnikiem.
Zebrałam całą tę bibliotekę i oddałam sąsiadom z przykazaniem, żeby po przeczytaniu wyrzuciły bez skrępowania. W odwecie dostałam cały stos mniej lub bardziej ambitnych czasopism i teraz muszę je wszystkie przeglądnąć, bo mam coś z głową i wyrzucenie nieprzeczytanej gazety boli mnie jak marnowanie jedzenia.
    Przy okazji oglądania kolorowych obrazków narozmyślałam się jak zwykle o życiu, świecie i życiu na tym świecie. Miewałam potrzebę znęcania się nad sobą i skrzętnie analizowałam każde dane mi, a niedotrzymane słowo. To zawsze decydowało o bezsennej nocy. Miałam też kilka zupełnie mądrych spostrzeżeń i jeszcze więcej takich, których już nawet nie pamiętam.
   W tych udrękach ducha i ciała towarzyszą mi Domowe Melodie. Mam wrażenie, że mokrą gąbką ścierają chaotyczne równania z mojej tablicy i upraszczają wszystko do dwa plus dwa. Jeden plus jeden. Tu i teraz.

Uwielbiam!


To, że jesteś taki jak ja
i dokąd wracać nie masz, ale iść,
bo cały świat się modli o nas

Mijają dni, a w kilka lat
stopy zmieniła Ci ziemia, ale dziś
jakbyś nowy czas zrozumieć miał

Jesteśmy tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz

Ja wiem nie łatwo iść będzie nam,
a deszcz po burzy się zbiera 
Tak jak ja zostawiasz w snach
cały niepokój
A szafy ciężkie i to co mam
powoli woda zabiera
Dam Ci czas, i Ty mi daj.

Jesteśmy tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz


piątek, 7 września 2012

Gdzie jest tamten pan?

    Minął plus minus rok od kiedy mieszkam sama. Swój kąt, a teraz kąty, urządzanie ich, przestawianie mebli, przeciąganie kabli pod wykładziną (tam i z powrotem, bo przecież widać i to głupio) i wbijanie gwoździ bez żadnej kontroli to zawsze były moje niespełnione marzenia. Znacie to: ''Uważaj czego sobie życzysz, bo może się spełnić''?
    Średnio co drugi wieczór szukam smutnych filmów i przeklinam te samotne wieczory. Czekam na Kocie weekendy jak na zbawienie. Jednocześnie mówię sobie "nie przesadzaj", mam raptem cztery dni dla siebie..ale co ja poradzę, że bywają dla mnie najgorszą karą.
    Lubię poleżeć z książką, kiedy nikt nie brzęczy mi za uchem i spędzać sześć godzin na blogach i stronach o szmatach i mazidłach, o bezbolesnej domowej depilacji woskiem, na allegro, ebayu...i nie stresować się, że ktoś mi zyrnie zza pleców, bo może jednak trochę wstyd. I wreszcie lubię nie jadać obiadu, myć podłogę na kolanach, a nie mopem i ścierać kurze marnując stanowczo za dużo papierowych ręczników.
    A potem marzę, żeby ktoś się do mnie odezwał. Jestem spragniona rozmów i głodna towarzystwa. Wiszę na telefonie, wiedząc, że już trochę za późno na spacer czy pocieszające piwo. Do tego smęcę Kotu do ucha i myślę, że on myśli, że ja to robię, żeby skłonić go do szybszej przeprowadzki do mnie. Taki tam znany od stuleci sposób "na litość" i nieporadne dziewczę. A tak bardzo staram się wynajdowć sobie zajęcia i zmęczyć się na tyle, żeby już tylko oglądać film i nie myśleć.

    Dziś bez filmu i nawet bez muzyki. W szale sprzątania i nieostrożności nadziałam się na zepsuty kontakt i dałam się kopnąć prądem. W dziwne miejsce w dole pleców, które teraz pali i piecze. W efekcie wysiadły korki. Nie mogę się do nich dostać, bo brakuje jakiegoś kluczyka. U sąsiadów oczywiście prąd jest. U mnie działa tylko jeden podwójny kontakt w kuchni. Postanowiłam utrzymać przy życiu lodówkę i komputer, który teraz ładuje zapasy na noc, bo postanowiłam z nim spać. Przy okazji z szafki spadł storczyk. Myślę, że chciał ode mnie uciec, od rozczochranej jędzy w gumowych rękawiczkach. To oprócz mnie jeden z dwóch żywych organizmów tutaj i w razie gdyby coś mi się stało, jestem pewna, że nie chciał brać na siebie odpowiedzialności informowania moich najbliższych. Spadł i złamał sobie trzy liście. I dziękuję, pękłam, siedzę nad tym komputerem w kuchni i ryczę.

    Na dobranoc przygotowałam sobie jeszcze czytanie "Wyśpiewam wam wszystko" Urszuli Dudziak. Przyznam, że czytając biografie osób żyjących czuję się jakbym grzebała im w szufladzie z majtkami. Raczej je omijam i wybieram te osób, które już...no wiecie. Przed tą nie mogłam się powstrzymać, nie tylko dlatego, że Panią Dudziak uwielbiam i zachowałam nawet wywiad z nią z Wysokich Obcasów z przed kilku lat i z kilku innych gazet, które wyrzuciłam, zostawiając sobie tylko te kilka stron. Obejrzałam też wywiad z cyklu "W roli głównej" w TVN Style, który autentycznie mnie wzruszył i po raz kolejny pomyślałam "co to za kobieta!". Więc mam książkę, czytam, zachwycam się jak cudownie niechronologicznie jest napisana, jak dużo tu muzyki, która jest pretekstem do opowiadania o sobie.
Aha i lubię kreślić po książkach gdy jestem sama, bo nikt na mnie nie krzyczy z tego powodu, a ja czuję, że tak samo jak książka zostawia ślad we mnie, tak ja ją trochę pobazgram.
Podkreśliłam narazie jedno zdanie:
"Kiedy kładę się spać, dziękuję za piękny dzień, choć nie zawsze był piękny, budzę się rano
i dziękuję za piękny ranek, bo jest zawsze piękny
".


Z piosenki: 

Ładnie było nam, no to co?
Wszystko kończy się...
Teraz będzie mój każdy dzień
z gołą głową, dziś jeśli chce,
mogę wyjść w deszcz.
Mówię z byle z kim, byle co.
Palę ile chce...
Nawet lubię mój pusty dom,
idę, wracam i nie jest źle.
 

 Plotki mnie nie ranią, nie zapytam rano:
sam czy z tamtą panią
byłeś wczoraj tam gdzie co noc...
Tak grali nam...

Ja nie skarżę sie, nie to nie.
Spokój wreszcie mam,
ludzie mówią: nie jest źle,
Ja wiem, wszystko wiem, los mój znam,
tylko tak żal...
Kiedy czasem pytają mnie gdzie...
gdzie jest tamten pan?
                     
                           A.Osiecka

środa, 8 sierpnia 2012

Równowaga

    Po fantastycznym tygodniu, pełnym radości, śmiechu i czułości, kiedy z każdym oddechem wzbiera we mnie poczucie spełnienia - potrzebuję równowagi. I to nie cisza, spokój i zaśnięcie przed północą są w tym wypadku poszukiwane. Lubię wyrównać swój świat rozpaczliwymi wrażeniami, przygnębiającymi opowieściami czy lepkim, dusznym klimatem filmów. Działam z premedytacją. Od zawsze stroniłam od komedii i serwowania sobie zbytniej wesołości, wśród przyjaciół uchodzę za orędowniczkę pogmatwanych filmów i przemyślanej nadwyraz muzyki. Moje życie jest po prostu zbyt piękne. Mam dużo szczęścia, choć nie wygrałam ani złotówki w lotto; niezły słuch, choć kiepski wzrok; pamięć coraz gorszą, jeśli chodzi o bieżące sprawy, ale pamiętam numery telefonów przyjaciół, pomimo częstych zmian operatorów i nazwiska wszystkich z podstawówki i liceum i pewnie jeszcze ich numery w dzienniku; mam do tego mocną głowę, choć miękkie serce, ale w obronie przyjaciół unieruchamiam ćmy lakierem do włosów. Kot napisał, że jestem "wybrykiem natury: tyle mądrości w tak pięknych oczach". 
    Topię się w tym szczęściu i ... neutralizuję ten stan. Dzisiejszego wieczoru: równoważę się. Dorzucam melancholię i wzruszenie. I cudo Jaquesa Brela w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego.
Ne me quitte pas

Nie opuszczaj mnie
każda moja łza
szepcze, że co złe
się zapomnieć da,
zapomnijmy ten
utracony czas,
co oddalał nas
co zabijał nas
i pytania złe
i natrętne tak -
jak? - dlaczego? - Jak?
zapomnijmy je
nie opuszczaj mnie 

Ja deszczowym dniem
ci przyniosę z ziem
gdzie nie pada deszcz
pereł deszczu sznur,
jeśli umrę, z chmur
spłynie do twych rąk
światła złoty krąg
i to będę ja,
w świecie ziemskich spraw
miłowanie twe
będzie pierwszym z praw,
królem staniesz się
a królową ja
nie opuszczaj mnie 

Posłuchajcie:

Nie opuszczaj mnie
ja wymyślę ci
słowa, których sens
pojmiesz tylko ty,
z nich ułożę baśń
jak się serca dwa
pokochały na
przekór ludziom złym,
z nich ułożę baśń
o tym królu, co
umarł z żalu, bo
nie mógł poznać cię
nie opuszczaj mnie 

Przecież zdarza się,
że największy żar 
ciska wulkan, co
niby dawno zmarł,
pól spalonych skraj 
więcej zrodzi zbóż
niż zielony maj
w czas wiosennych zórz
gdy księżyca cierń
lśni na nieba tle
i z czerwienią czerń
nie chcą rozstać się
me opuszczaj mnie 

Nie opuszczaj mnie 
już nie będzie łez,
już nie będzie słów 
dobrze jest jak jest 
tylko taki kąt
mały kąt mi wskaż, 
gdzie twój słychać śmiech, 
widać twoją twarz, 
chcę gdy słońca krąg 
wzejdzie- być co dnia 
cieniem twoich rąk, 
cieniem twego psa
nie opuszczaj mnie

poniedziałek, 16 lipca 2012

Animal Nitrate

    Wszystko zaczęło się od chmury. 
    Piątek rano. Leżę, patrzę w okno i rozmawiam z Kotem. Nagle:
    Ja (uradowana jak dziecko): Chmura w kształcie krokodyla! Nie rozłączaj się, robię zdjęcie, zaraz Ci wysyłam.


    Śniadanie zjedliśmy razem, podziwiając krokodylową chmurę na wyświetlaczach telefonów, bo ta na niebie została rozwiana w trzy i pół sekundy.

    Weekend spędzaliśmy we Wrocławiu, czyli ja obmyślając ciągle co będziemy gotować, rozgotowywać i po czym Kot będzie zmywać, a moje Kocię organizuje rozrywki i planuje wyjścia. Po piątkowym okazało się, że sił wystarczyło tylko na paellę i niewymagający film. Trafiło na „We Bought a Zoo”.


    Zakładałam, że pośniemy w ciągu pierwszych trzydziestu, góra czterdziestu, minut, ale oglądnęliśmy z subtelnymi uśmiechami dla przyjemnej, niecodziennej historii, którą zrealizowano po prostu mało oryginalnie. Jak można się było spodziewać nie jest to arcydzieło kinematografii, ale całkiem niezły film familijny, który bawił nas momentami – czasem, bo był przewidywalny, a czasem, bo rozkoszny.

    Ja: Lisku, kupimy sobie zoo? – zapytałam później – Ale takie małe? Może tylko piesa i kota i...
    KOT(zachwycony): Aaaaalbo tylko rybkę. I żeby nie było jej smutno nazwiemy ją George and Joey i będzie myślała, że jest jej dwie.

:o)

    KOT: Wysłałem ci ten filmik, gdzie gość próbuje uratować rekina wyrzuconego na brzeg? Wciąga go za ogon do wody, a potem musi szybko uciekać, żeby nie zostać zjedzonym?
    Ja: Nie, ale widziałam o fokach..biedne takie, wyrzuciło je na piach i nie umiały się przekulać do wody...a te wielorybki z Nowej Zelandii?
    KOT: No a pandy?
    Ja: What?!
   KOT: No pandy..te jak się zaprą to za nic nie wciągniesz do wody. Nie wiedziałaś? Uparciuchy, mówię ci...

:o)

    Zaraz po tym jak natchnieni filmem postanowiliśmy pójść do zoo, zaczęło padać. Od celu dzieliło nas dosłownie 10 minut spacerem, więc czekaliśmy cierpliwie i rozmawialiśmy o naszych ambiwalentnych uczuciach odnośnie ogrodów zoologicznych. Czy to ratuje te zwierzęta, czy raczej naraża je na cierpienia, na życie za kratami, na ograniczone wybiegi, abyśmy mogli je sobie oglądać...ja sobie pomyślałam, że skoro już tam są to może pójdziemy i zapłacimy za bilet, żeby mogły chociaż mieć za to kolację...Wiem też, że to zamyka błędne koło podaży i popytu: zapotrzebowanie zwierząt i tworzenia zoo dla ludzi, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek zbił majątek na pracy w zoo (legalnie czy nie), tak sobie to wytłumaczyłam.

    Ja (zadumana): A co robią zwierzęta kiedy tak ciągle pada?
    KOT: Jak to co.. myją pachy!
    Ja: Ciekawe jak taki hipopotam myje pachy..?
    KOT (rozbawiony): Długo. Lollolooo o tutaj troszkę niedoszorwałem..ups..excusez-moi...lolllo
    Ja: Ty jesteś jednak głupkiem, Lisku, idę to gdzieś zapisać, bo potem będziesz się wypierać.

:o)

    I przestało padać. Więc poszliśmy. Owijając się przed wyjściem moimi ostatnio ulubionymi akcesoriami, zauważyłam coś nowego (KOT: Niespodzianka!). Pingwin od mamy, a panda, przyczepiona ukradkiem, od Kota.


    Zwariować można z tymi moimi zwierzakami.
   A w zoo faktycznie wszystkie umyte. Kotiki (nie uchatki) zrobią wszystko dla kawałka ryby, krokodyle nic, rysie szaleją, jaszczurki nic, lwy śpią, karaczany fuu, małe świnki mnie rozczulają, a szympansy są takie smutne, że aż się chce je wykraść i skrobać po brzuszku.

Nie wiem, no sama nie wiem co o tym zoo myśleć....

Na koniec piosenka ze zwierzakiem w tytule:
Suede - Animal Nitrate


poniedziałek, 2 lipca 2012

Posłuchaj...

    Bo można słuchać, a nie słyszeć. Przeczytaj. Dotknij.


Do mnie mów bo ja
Chcę Twoje słowa jeść
Do mnie mów bo tak
Najsłodsza staję się
I brzoskwiniowy mus
Z Twych słów mnie wypełnia
Jak księżyc znów
Gorąca pełnia
Mów niegrzecznie i
Opuszkiem dotknij tu
Niebezpiecznie chciej
Pod wodę wciągnąć mnie
Nie bój się, głód nas dziś przyciągnie
Czytaj mnie jak menu swobodnie

Dotknij
Uszczyp
Ugryź
Pośliń
Mus z twoich ust
Ja sauté
Szeptem
Krzykiem
Pieść
Dotykiem
Mus z Twoich ust
Ja sauté

Obok mnie dziś jest
Tu z nami pani E
Niewidoczna lecz
To za jej sprawą chcesz
Wypełniać mnie
Po brzeg pucharu
Lepki jest mus
Twych słów paru
Paru słów co mnie
Na szpilkach kładą w mig
Niebezpiecznych zdań
Z karty erotycznych dań
I znowu ten głód nas dziś przyciągnie
Zamów mnie jak z menu swobodnie

Dotknij
Uszczyp
Ugryź
Pośliń
Mus z twoich ust
Ja sauté
Szeptem
Krzykiem
Pieść
Językiem
Mus z Twoich ust
Ja sauté

tekst: J. Szymkiewicz
wyk. M. Brodka

wtorek, 12 czerwca 2012

Here’s looking at you, kid

    Legendarne love story, wyciskacz łez, melodramat. Któż słysząc Casablanca nie myśli o filmowej miłości? Ja zawsze myślałam, a to zdjęcie było jej symbolem. 


    O ironio, bo nigdy filmu nie widziałam. Balon oczekiwań napuchł przez lata, a z nim szczere obawy, że film nie sprosta, nie będę umiała go docenić, albo, co gorsze, zrozumieć. Wiadomo, to co kiedyś było jasnym, czytelnym gestem, dziś jest teatralne i przerysowane. W związku z niesprzyjającymi okolicznościami długo nie mogłam doczekać się odpowiedniego nastroju na taki – na ten film. W końcu się zjawił, wraz z odpowiednim towarzystwem.
     Sobota, szarawa i deszczowa, idealny dopisek do czarno-białego filmu. Kanapa, kawa, Kot.
    Ach, nawet fabuła była dla mnie zaskoczeniem! Dziwne jak przez tyle lat udało mi się nie dowiedzieć, o czym opowiada Casablanca. Jak dziwnie i jak cudownie! Cóż to jest za film! A ta piosenka?



Śni mi się teraz po nocach, nucę ją pod prysznicem i niestrudzenie poszukuję wersji w lepszej jakości.

    Na dokładkę, ponieważ jesteśmy maniakami, dołożyliśmy Play it again, Sam.

   

Namiętnie oglądamy filmy, przynajmniej kilka w tygodniu, a Woody Allen – zwłaszcza ten z przed kilku dekad, cieszy nas niesłychanie!
Cudowne allenowskie:
“I'm so excited, I think I'll brush all my teeth today!”

“ – My lawyer will call your lawyer.
– I don’t have a lawyer. Have him call my doctor.”
I oczywiście:
 
“  – If that plane leaves the ground, and you're not on it with him, you'll regret it - maybe not today, maybe not tomorrow, but soon, and for the rest of your life.
– That's beautiful!
– It's from Casablanca; I waited my whole life to say it.”


   Film dodatkowo ociera się o jeden z moich ulubionych tematów – obsesję oglądactwa i podglądactwa, w tym przypadku filmów. Czy zawsze nadmierne śledzenie cudzego życia, choćby wymyślonego przez scenarzystów, skutkuje biernym zachowaniem w swoim życiu? Czy stajemy się pasywnymi uczestnikami  mającymi zdanie na każdy temat - oczywiście tylko w teorii, bo w praktyce nie umiemy podjąć żadnej decyzji, a tym bardziej zarządzać własnym czasem? Pewnie by mnie to co najmniej zaniepokoiło, biorąc pod uwagę nasze wspólne kocie zwyczaje i te hektogodziny spędzone przed ekranem, razem czy osobno. Ale dla nas, ruchome obrazki od zawsze były źródłem inspiracji. Do działania, do poszerzania spojrzenia na świat, do podróży i do niekończących się rozmów. Do ciagłęgo chcenia i poszukiwania, do poznawiania siebie i chęci poznania drugiego człowieka. Zresztą, gdyby nie filmy, nie byłoby Nas. Bez dwóch zdań. I chociaż times goes by, niech tak zostanie.

czwartek, 24 maja 2012

in order

     Wtorek to taki dzień, kiedy budzę się sama i od razu sięgam po telefon, żeby obudzić Kota.  Odpowiedź na moje żwawe „Wstajemy!” bywa bardzo różna: od równie dziarskiego zapewnienia, że Kot już na nogach, po ciche na wpół przytomne mruczenie i szelest pościeli po drugiej stronie słuchawki.  Później następuje dzień, który zwykle dzięki osobom spotykanym w czasie pracy, przynosi ze sobą wiele radości, niekontrolowanego śmiechu i satysfakcji z załatwionych spraw, które można skeślić z listy pt. „Załatwić”. Wieczorem, kiedy zaczynamy z Kotem do siebie wydzwaniać, ja zaczynam złościć się i tęsknić, dąsać się i rozmyślać (w zachowanej kolejności)­. Najpierw się złoszczę, bo chciałabym podzielić się tymi wszystkimi radostkami nazbieranymi w ciągu dnia, a połowy nie mogę sobie przypomnieć, część też nie wydaje już się taka wcale warta opowiedzenia, szczególnie że wtedy właśnie zaczynam tęsknić najbardziej, bo czasem krążę żywo gestykulując i wiem, że u Kota to, co opowiadam nie wydaje się takie śmieszne..eh! I dąsam się na siebie, bo po cóż znowu zdawać relacje z każdej minuty, czy aby nie za dużo tej wylewności...wszystkie polonistki goniły mnie za nadmiar dygresji i wybitne wycieczki słowne, oddalające mnie od rozważanego tematu. Ale co ja poradzę..tak już mam i zaczynam po raz tysięczny rozmyślać  nad tą dzielącą nas odległością..wtedy wtrącam sławetne ‘Nie zgadzam się, Panie Kocie. Na mnie tutaj, a Ciebie tam. Nie zgadzam się po tysiąckroć’.
      
Teraz włączamy Marię P. – „Miły Mój”


       Wczoraj był znowu wtorek. Miły Mój wyjechał jak zwykle, a ja w trakcie dnia postanowiłam – jak niezwykle – nie kończyć dnia rozczulając się nad sobą. Przeznaczyłam wieczór na zajęcia ogólnorozwojowe i relaksujące... poleżałam z książką , wybrałam się z przyjaciółmi na jogę , przyszedł też czas na porządki w komputerze, maseczkę do twarzy (łagodzi i nawilża) oraz malowanie paznokci. W ferworze aktywności zabrałam się za mycie naczyń i sprzątanie w kuchni (chronologia cały czas zachowana), które to przeciągnęło się do późnych godzin nocnych. Dzień zakończyłam więc spapranymi pazurami i podrażnioną twarzą (choć maseczka łagodzi i nawilża zalecono zmyć po 30 minutach. Nie da się ukryć 30 to nie 90). Brawo! Brawo, moja panno, za organizację.
      Zasypiałam mimo wszystko z uśmiechem. 

„Miły Mój
Ty zawsze przy mnie stój
We śnie na jawie
Spotkajmy się na kawie”

      Szczególnie, że przedtem zdążyłam przedstawić Kotu kompletny rozwój wydarzeń, oczywiście – w zachowanej kolejności.

wtorek, 15 maja 2012

Mów do mnie jeszcze...

„...Mów do mnie jeszcze... Za taką rozmową
tęskniłem lata... Każde twoje słowo
słodkie w mem sercu wywołuje dreszcze -
mów do mnie jeszcze... 

Mów do mnie jeszcze... Ludzie nas nie słyszą,
słowa twe dziwnie poją i kołyszą,
jak kwiatem, każdem słowem twem się pieszczę -
mów do mnie jeszcze...” 
Kazimierz Przerwa-Tetmajer


    Już prawie noc, kwiatki nie podlane, choć zauważyłam ich suchość zaraz po przyjściu z pracy. Naczynia w kuchni poukładały się w stos i czekają na umycie, albo na schowanie do szafki, daje się przy tym zauważyć wyraźna segregacja rasowa: brudne po lewej, czyste po prawej. Oknom obiecałam, że je umyję na wiosnę. To było w ostatni piątek. Maile pootwierane proszą się o odpowiedź. Książka i gazety pootwierane proszą się o zamknięcie, zwietrzeją i stracą na świeżości.
    A ja może zadzwonię jeszcze raz do Ciebie..co? Kocie mój, zaśpiewaj mi tak jak wtedy....


Paul McCartney - My Valentine


poniedziałek, 7 maja 2012

and i envy you..


    Szukam w sobie zrozumienia dla zazdrości. Mojej.
  Nie umiem z nią walczyć i choć staram się ze wszystkich sił, nie potrafię jej jasno zdefiniować. Przypadkowo oglądnęłam odcinek serialu z cyklu reality o rywalizacji tańczących dziewczynek, i gdy choreografka wymyśliła im temat prezentacji „siedem grzechów głównych”, musiała przy tym wytłumaczyć dokładnie co to jest (rzecz miała miejsce w USA)...Wyjaśniając nieletniej show girl czym jest zazdrość, powiedziała: „to jak wtedy, gdy chcesz mieć to, co inni i jednocześnie nie chcesz, żeby oni to mieli”. O matko!  Im bardziej o tym myślę tym bardziej się nie zgadzam...
    Ostatnie dni spędziłam w gronie szczęśliwie zakochanych, zaręczonych, zamężnych, żonatych i/lub mieszkających razem, i każdy dzień napinał się do granic wytrzymałości z tej zazdrości, a wieczorem pękał i wyzwalał płacz z byle powodu, albo w tych stanach napięcia zbroił mnie w niewidzialny pancerz, przez który siedziałam osowiała i na każde „co się dzieje?” odpowiadałam szczerze zdziwiona „co? Nic, to znaczy co? Nie no nic...”. A to nie było nic.
    I wcale moja zazdrość nie objawia się tym, że chciałabym komuś coś odebrać..w ostatnich dniach sprowadzała się do tego, że chciałabym mieć tyle odwagi, tyle siły i tyle wsparcia, żeby świadomie wprowadzić zmiany w nasze Kocie życie. Patrzę na moich przyjaciół, którzy podejmują różne decyzje, czasem wydawałoby się zbyt szybkie, zbyt pochopne; czasem takie, które czekały na podjęcie już kilka ładnych lat..jakoś tak się składa, że ostatni czas bywa przełomowy w moim pokoleniu..widać rocznik osiemdziesiąt i kilka nagle dochodzi do jakiś wniosków. Ja i Kot  nie. Jak nam się udaje funkcjonować, będąc oddzielonym przez te dziesiątki kilometrów? – sama nie wiem. Akurat pomagaliśmy w przeprowadzce przyjaciół. Między słowami planowaliśmy swoje mieszkanie. Tutaj ciemnoszara ściana z cegieł i ciemna kanapa, jasny parkiet, plakaty filmowe na ścianach – oczywiście czarno-białe, mała szafka na wina...wszystko jest wspólne, oprócz realnej przestrzeni życiowej.
   Czy to frustracja, czy zazdrość? Czasem chciałabym umieć nazwać te moje łzawe żale i opowiedzieć wszytko Kotu..żeby wiedział, że ten płacz to nie z powodu poniedziałkowej rozłąki, poweekendowej chandry, ciężkiego filmu...tylko dlatego, że uświadamiam sobie, że można mieć się na codzień, można poświęcić coś -żeby wygrać kogoś i można po prostu nie wartościować pracy - kiedy w grę wchodzi ciepło, miękkość i ta cudowna obecność ukochanej cząstki wszechświata.
Tak ja to widzę. Ale piję właśnie piwo z kieliszka do białego wina, bo akurat był pierwszy w szafce..więc może bredzę?..hmm..?

    Przygrywa soundtrack z The Wire... Toma Waitsa – Way Down In The Hole w kilku znanych odsłonach.
Wklejam jedną, polecam odkopać wszystkie, także polskie – Kazika i Matyldy Damięckiej.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Różowe ucho

     Skala tęsknoty rozciąga się u mnie podobnie jak zasięg lenistwa.  Albo odwrotnie, bo lenistwo było pierwsze. A teraz przenikają się wzajemnie i już nie wiadomo, które za co winić.  Nieogarnięcie ładnie nazwane prokrastynacją towarzyszy mi od początku tygodnia, choć ze wszystkich sił staram się przekonać siebie, że a) mycie okien jest absolutnie konieczne teraz już! b) praca, która czeka już dwa dni, może poczekać jeszcze ze dwa i wtedy dopiero znajdzie się w radarze „ostatniej chwili”. 
    Wyciągnęłam więc puzzle, które dostałam od Kota z okazji Bożego Narodzenia, nasze zdjęcie podzielone na tysiąc elementów. Uwielbiam tę fotografię! A o tym jak bardzo nie nadawała się na układankę świadczy  pewnie pół tysiąca klocków stanowiących tło, obsypany kwiatkami klomb. O Ty Kocie złośliwy! Wyłowiłam same strategiczne elementy, a pierwsze co udało mi się poskładać w całośc było Kocie ucho...Siedziałam, popijałam piwo, blond piana uciekała ze szklanki w rytm The Divine Comedy Milii J., a ja gapiłam się na ten kochany kawałek ciała, miękki i ciepły i tak strasznie za nim zatęskniłam... Na to wszystko przypomniał mi się wiersz Herberta, cudowny!

                              Myślałem
                    znam ją przecież dobrze
Napatrzeć się na nas nie mogę,
Poukładać nas - nie umiem

tyle lat żyjemy razem
znam
ptasią głowę
białe ramiona
i brzuch
aż pewnego razu
w zimowy wieczór
usiadła przy mnie
i w świetle lampy
padającym z tyłu
ujrzałem różowe ucho
śmieszny płatek skóry
muszla z żyjącą krwią
w środku
nic wtedy nie powiedziałem —
dobrze byłoby napisać
wiersz o zielonym uchu
ale nie taki żeby powiedzieli
                   też sobie temat wybrał
                      pozuje na oryginała
          żeby nawet nikt się nie uśmiechnął
               żeby zrozumieli że ogłaszam
                            tajemnicą
               nic wtedy nie powiedziałem
              ale nocą kiedy leżeliśmy razem
                  delikatnie próbowałem
                     egzotyczny smak
                       różowego ucha

               Zbigniew Herbert "Różowe ucho"

przy akompaniamencie Milii Jovović, płytą The Divine Comedy:



     Zanim zdążyłam podzielić się z Kotem tęsknotą za jego małżowiną, dostałam maila zatytułowanego "Gryzę ucho"...nie pytajcie skąd On wiedział...Takie zbiegi okoliczności zdarzają się niemal codziennie odkąd go poznałam. Nagminnie dzwonimy do siebie w tym samym momencie, zdarza się, że np. z tego samego sklepu, jemy dokładnie to samo, budzimy się równocześnie, choć oddaleni o 180 kilometrów albo bez uprzedzenia wybieramy ten sam seans kinowy w dwóch różnych miastach...Pomaga to pielęgnować wspólny oddzielny świat, nieustannie trzymać prosto syjamskie kręgosłupy. I dzielę się moją nawiną wiarą, że te niezwykłości, ten mały nasz cud to jak jego nieziemskie ucho, że słyszy nawet niewypowiedziane.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Co to to szczęście?


"Pragniemy, żeby miłość trwała, a wiemy, że nie trwa, choćby cudem miała trwać 
przez całe nasze życie, i tak urwie się w jakiejś chwili. 
Żadna istota, nawet najbardziej kochana, nigdy do nas nie należy.
Na okrutnej ziemi, gdzie kochankowie umierają czasem rozdzieleni, a rodzą się 
zawsze z dala od siebie, absolutna komunia na cały czas życia 
jest niemożliwym żądaniem."
Albert Camus "Człowiek zbuntowany"

    Gdy czytam ten cytat mam ciarki na plecach. Jak to, że nie trwa? Że w ogóle, czy że za grobową deską to już nic nie ma? Ostatni czas skłaniał mnie do wielu przemyśleń, z wyszczególnieniem moich roszczeń do świata i ludzi. Poza tym był to tydzień z Kotem. To było moje właściwe Święto. Religijny i mistyczny wymiar Wielkanocy gdzieś mi umknął w tym roku, albo też niechcący został przysłonięty przez radość z bycia we dwoje. Przemierzyliśmy 700 km, ode mnie do Kota i między naszymi rodzinami. Zupełnie spokojnie i bezstresowo, bez względu na sytuację na drogach, korki, chaos pakowania, usilnego przewidywania pogody i nasze życie na kocią łapę. Z Kotem wszędzie jest dobrze i cudownie świątecznie. Jest czas na rozmowy z bliskimi, oglądanie filmów i czytanie gazet, na głaskanie się po najedzonych brzuchach i przeszkadzanie mamie w kuchni, na nauczenie siostrzeńca nowych słów, a następnie fascynację w jak błyskawicznym tempie rozwijają się dwulatki!
   Rozmyślanie nad moim szczęściem towarzyszy mi od kilku dni...Skąd człowiek wie, że jest szczęśliwy? Bo przecież zawsze ma jakieś kolejne marzenia, dalsze cele i pragnienia, których narazie nie werbalizuje, ale one są tam i czekają, aby wyjść na jaw. Zawsze może być bardziej i więcej. Człowiek może jakimś sposobem wie. Ja nie wiem. Nie wiem czy to już, czy to za chwilę...ale jedyne co wiem, to gdy przestaję myśleć o wartościowaniu kolejnych dni i po prostu się im poddaję, czuję się tak lekko, beztrosko i zupełnie na swoim miejscu. Nie chodzi o niedostrzeganie trudnych sytuacji czy ignorowanie problemów, ale nabranie zdrowego dystansu, poczucia bezpieczeństwa i siły na poradzenie sobie z nimi. Kiedy wwąchuję się w Kocią koszulę i zaczynam myśleć „Boże! Jak cudownie, jak pięknie!”, z prędkością francuskiego TGV pojawiają się kolejne komiksowe chmurki nad moją głową, że za dwa dni już tak nie będzie, że znowu kilka nocy w pustym łóżku i samotny kubek kawy rano..a te wszystkie złowieszcze myśli – choćby nadzwyczaj wątłe – potrafią podciąć największe skrzydła. Ciągle uczę się nie błagać „chwilo trwaj!”, tylko samej trwać w chwili, pieszcząc ciepły brzuch.. co to, to szczęście? To Kot!

http://1funny.com/happy-kitten-nap/
 
     Co do komiksowych chmurek i leżenia z Kotem - pierwszym skojarzeniem muzycznym jest soundtrack z filmu "Drive". Film w fantastycznym klimacie, ciśnie mi się na usta słowo "retro"...czy trafne? Raczej tak, takich filmów już się nie robi, a szkoda. Momentami wzruszał, przerażał i sprawiał, że zaciskałam palce, patrząc na brutalne sceny (oczu nie zamykam, bo szkoda tracić film..). Bohaterowie są czytelni i wyraźni, co nie znaczy, że chadzają z posępnymi twarzami, albo chowają się po kątach. Ryan Gosling i Carey Mulligan oszczędni w środkach wyrazu są jak najbardziej trójwymiarowi, ale nie przerysowani, chciałoby się rzec "normalni", ale właściwie nie wiem czy to nie krzywdzący epitet. Melodramat z akcją, albo film akcji z wątkiem romantycznym, zakazana miłość stylistycznie obsadzona w latach 80tych. Film jest niesamowicie równy, fantastycznie skadrowany, a muzyka od razu przykuła moją (i Kota) uwagę. Została natychmiastowo wciągnięta na listę spraw do załatwienia i już od kilku miesięcy pobrzmiewa w naszych samochodach oraz sypialniach.
Na zachętę z ilustracjami Roya Lichtensteina:








poniedziałek, 26 marca 2012

Jeśli Ty nie istniałbyś...


    Za oknem szaroniebieskie wieczorne niebo rozświetlone miejscowo przez odbijającą się w szybie lampę. Postanowiłam zaszyć się dziś w pokoju i porobić coś. Tak gorączkowo zaczęłam myśleć co tu począć, za co się zabrać, malowanie paznokci i napisanie wszystkich zaległych maili czy odkurzanie najpierw, może wieczór piękności: peelingi, maseczka i masowanie ciała olejkami, albo może upiec bananowe muffiny:  będzie błogo pachnieć a śniadanie na jutro gotowe...Z tego wszystkiego położyłam się z książką i po kilkunastu stronach przekręciłam się na bok i zasnęłam. Nie z winy książki, zapewniam, a chyba tylko mojego zmęczenia, które ostatnie radosne poranne godziny z moim Kocurem jakoś zamaskowały.  Cały czas się uczę, żeby te cudowne weekendy pomagały zmagazynować energię na cały tydzień, a nie powodowały nadmiernej tęsknoty narastającej od poniedziałku do piątku lawinowo...
    Czytam „www.małpa.pl” Krystyny Jandy, opublikowany zbiór wybranych zapisków z dziennika jej strony internetowej, czyli właściwie czytam bloga p. Jandy, tyle, że na papierze.
Obiecałam sobie, dla równowagi szperania w internecie i oglądania filmów czytać przynajmniej jedną książkę miesięcznie. Wiem, że cyfra ta (1!) żałośnie mała, biorąc pod uwagę ile to ostatnimi czasy podróżowałam pociągami...nie mam nic na swoje usprawiedliwienie...zazwyczaj pakuję do torebki kobiece czasopisma i tygodniki, które wymieniam z Kotem (Przekrój, Newsweek, Polityka), żeby nie dublować prasy walającej się po wszystkich kątach jamy nr 1 i jamy nr 2. Czasem przywozimy też coś od rodziców (Wiedza i życie, Wprost, Uważam Rze), a że każdy stara się kupować swoje, to po wymianie następuje czas wielkich prasówek i aktualizacji informacji.
    Wracając do mojej bieżącej lektury – p. Jandę podziwiam, niezwykle szanuję i darzę ogromną sympatią. Nie posunę się do tego, aby nazywać ją piosenkarką, ale mam jej trzy płyty „Guma do żucia”,”Krystyna Janda w Trójce” oraz „Dancing” i wracam do nich/do którejś z nich/przynajmniej do jednej z nich niemal codziennie. Widziałam ją „w akcji” na żywo i absolutnie uległam czarowi jej ekspresji. Spektakl „Biała bluzka” z piosenkami A. Osieckiej. Napiszę o tym innym razem, bo zupełnie zboczyłam z kursu moich myśli!
Wzruszył mnie do łez fragment jej dziennika, kiedy p. Krystyna pisze o wyjeździe męża:
Jak to jest, że jak ON jest dzieci i ja spimy spokojnie, zasypiamy i budzimy się mniej więcej o czasie, a jak GO nie ma, dzieci już od świtu siedzą przy komputerze albo budzą się za późno (...), a ja oglądam nocami filmy albo łażę po domu, czytam, a śpię chwilami, po dwie trzy godziny w dziwnych porach nocy? Co to jest, że jak ON wyjeżdża...Wyjechał. Zaczyna się znów czas bez NIEGO.

     Z wyjątkiem dzieci, reszta się zgadza. U mnie też chaos. Tym razem ja wyjechałam i kręcę się, nie mogąc znaleźć sobie miejsca..już czuję, że z odkurzania znowu nici, odwołałam też wyjście na basen – z lenistwa. Chciałam napisać o filmach oglądniętych w weekend i o tym, że zamiast babeczek zrobiłam jednak sałatkę z tuńczyka, bo wystarczyło wszystko pokroić, wymieszać razem i dodać dużo świeżo mielonego pieprzu i wcale nie trzeba było później wracać do kuchni, żeby ją wyciągnąć z piekarnika, a muffiny, coś przeczuwałam, mogłyby się przypalić..nie mam ochoty na spacery po mieszkaniu. Zawinęłabym się w koc i...przeraża mnie to, co piszę. Zgnuśnieję, jak tak dalej będę myśleć, do reszty....Idę do kuchni, zrobię te muffiny.
Będzie przyjemnie pachnieć.



Jeśli ty nie istniałbyś
Dla kogo smutki szłyby w cień?
Czy dla tych, których twarz, uśmiech, szept
Zapominam z dnia na dzień?

Jeśli byś nie istniał ty
Lub gdybyś krążył Bóg wie gdzie
Gnałabym śladem twym niby liść
By wytańczyć słowa te:
Ach, dojrzyj, ogrzej mnie...*




*Et si tu n'existais pas
  cudowna melodia i ciarki na skórze

środa, 21 marca 2012

hold your horses


     Po ostatniej przeprowadzce ciągle słabo się ogarniam. Niby wszystko już znalazło swoje miejsce,   a przed chwilą błądziłam wzrokiem w poszukiwaniu łyżeczki do kawy.... Szuflada! Eureka! Eh..

    Wczoraj przybiłam kolejne gwoździe i półka nad biurkiem zawisła, rozpanoszyły się tam perfumy i książki, okulary i tymczasowo kilka drobiazgów, które zdają się przejmować kontrolę nad przestrzenią. O ile walające się tu i ówdzie po pokoju papiery, ładowarki, świeczki mają rację bytu, o tyle teren kuchni wymaga oczywistego zdefiniowania.  Co nie znaczy, że wszystko ma być wypolerowane na błysk, oh nie – jestem daleka od sterylności, lubię sprecyzowany chaos, ale w tym szaleństwie musi być jakaś metoda. Może dlatego te zagubione łyżeczki  tak mnie rozstroiły, że były dokładnie na swoim miejscu, a to do nich zupełnie nie podobne.
    Jak co wieczór wykreślam z kalendarza załatwione sprawy i od razu dopisuję kilka na jutro i najbliższe dni. Staram się też zapisywać je jak tylko wyklują się w mojej głowie, podobnie w przypadku nigdy niekończącej się listy zakupów.  Takie to niby w kwiecie wieku, a wystarczy wejść do sklepu, żeby już zapomnieć po co się w ogóle wyszło z domu.

    Dzisiejsze tęsknoty udało się ujarzmić z pomocą - najpierw zalewu zaniedbanej wczoraj pracy (Pamiętaj, zaniedbane poniedziałki zawsze znajdą sposób, żeby się zemścić!), następnie przyjaciół oraz jogi. 

Inspiracją roku została Yoga by Equinox


    Odprężony umysł, zrelaksowane rozciągnięte ciało (które jutro lekkimi przykurczami przypomni mi jakie mięśnie dziś ćwiczyły), uspokojony oddech..w dziwny sposób zawsze dodaje mi to śmiałości, odwagi i doładowuje to moje akumulatory. Zaczynam potem snuć plany, które nie kończą się na jutrze, ale zawsze centrują się wokół Kota i naszych wspólnych (finger crossed) przygód.

Idealny podkład muzyczny zapewnia Pati Yang ze swojej ostatniej płyty "Wires and Sparks"
(polska premiera: 7 maja 2011r.)