piątek, 20 grudnia 2013

Zanotowane w kuchni przy akompaniamencie rozgrzanej patelni oraz racuchów z bananami i suszonymi śliwkami...

Zapiszę, bo zapomnę...
    Bądźmy cierpliwy, nie traćmy zimnej krwi i przeznaczmy choćby 5 minut dziennie na zastanowienie się nad tym w jakim momencie jesteśmy, co robimy i gdzie nas to zabiera. Piszę o tym, bo czas przegonił mnie przez cały 2013 rok i nieustannie mam wrażenie, że znowu się zagotowałam, znowu pochopnie, znowu na szybko...próbuję wydrzeć choćby z pod ziemi taki czas tylko dla siebie, nie na pielęgnację, ganianie po mieszkaniu z maseczką na twarzy, czy leżenie na kanapie bez odbierania telefonu (tak, robię to i lubię to...).  
Chcę usiąść, pomyśleć i poczuć się jak ktoś, kto podejmuje decyzje z pełnym przekonaniem w wierze, że steruje własnym życiem. Kiedy kurz świątecznych bitew już opadnie i papierowe torebki po prezentach zostaną schowane do szafy (na następny rok jak znalazł) liczę na taki czas dla mnie i moich myśli. Lubię sobie na pociechę wypisać wszystkie dobre rzeczy, które wydarzyły się w mijającym i zmotywować tym do działania na nadchodzący. I wiecie co? Ja naprawdę dużo zawsze wypisuje, bo po pierwszym zastanowieniu, zawsze okazuje się, że nawet jeśli coś nie było szczęśliwe - to prędzej czy później doprowadziło do jakiegoś dobrego momentu. I wszystkie te większe, mniejsze i średniawe komplikacje, które przydarzają nam się po drodze wiodą nas w bezpieczne miejsca, lub mogą wieść nas tam, jeśli tylko obierzemy właściwy kierunek.

      Tak więc w ostatnim czasie rozważań o cierpliwości nie było końca... A kiedy jej już zabrakło, zrobił się kocioł i zamieszanie i śmiechu było trochę też. A teraz choć ganię się za brak opanowania i nie szukam ładnych słów na nazwanie mojej słabizny to odnalazłam w końcu trochę spokoju i przybujaliśmy się z Kotem do bezpiecznego portu, wspólnego, choć nie własnego. A że elektryka wysiadła już dwa razy i sąsiad kaszle za ścianą i piwo chowa w skrzynce z zaworem wody przy drzwiach i samochód parkujący pod oknem regularnie nawołuje do zmiany stylu życia, bo apokalipsa i piekło...phi! 
      Zostawiam Was i siebie z tą myślą, znajdźcie czas dla siebie i swojej cierpliwości, warto ją pielęgnować jak cnotę, żeby wiedzieć kiedy z nią trzymać, a kiedy zupełnie odpuścić.

Gwiazdki z nieba...


piątek, 18 października 2013

A beautiful suicide



     W jednym z internetowych rankingów zdjęć must-see natrafiłam na zdjęcie, które nie może mi wyjść z głowy. I choć samo to nie jest jakieś nadzwyczajne i najczęściej takie zdjęcia trafiają na mój pulpit lub ścianę, to to jedno akurat jest bezpieczne schowane w folderze, a ja wracam do niego raz po raz. 

     Fotografia podpisana "A beautiful suicide - 23 year-old Evelyn McHale jumped from the 83rd floor of the Empire State Building and landed on a United Nations limousine, 1947".

fot. Robert C. Wiles
   
    Pogięta blacha, efekt siły z jaką rozpędzone ciało uderza w samochód, dla mnie faluje miękko na tym obrazie niczym woda. Podarte rajstopy schodzą na drugi plan. Widzę tylko piękną kobietę, która zanim rzuciła się z wysokości, upewniła się, że kostium świetnie na niej leży i nie zapomniała o perłach ani o rękawiczkach. Mam wrażenie, że zdjęcie było zrobione w kompletnej ciszy. W jej torebce znaleziono krótki list z prośbą o kremację, zniszczenie ciała tak, żeby nikt z lub z poza rodziny już jej nie oglądał. Nie przewidziała, że na dzięki jednemu zdjęciu zostanie tu na zawsze.

    Dopiero szukając historii Evelyn McHale odkryłam jaką ikoną została, zdjęcie trafiło nie tylko na okładkę magazynu Life, ale było również inspiracją dla Andy'ego Warhola i powielone w jednej z jego charakterystycznych prac.

    Spokój na twarzy i ta niezwykła lekkość ciała sprowadziła mnie raczej do szekspirowskie Ofelii. Dryfująca niczym zjawa, cicha tak, że gdyby nie niepokojące otoczenie pewnie pomyślałabym, że śpi.

John Everett Millais

    Jeszcze tylko wyciągnąć okruchy szkła z włosów, cienkie pajączki glonów i mchu, pogłaskać po policzku i pozwolić im tak trwać w nieszczęsnym, pięknym ujęciu.

czwartek, 26 września 2013

I'll be seeing you...

    Już czwartek..pom popom pom. Nie sprzątam, nie odkurzam, nie myję okien. Czekam jakoś tak inaczej na jutro, choć wiem, że w końcu - choć tylko przez dwa dni - wszystko będzie na swoim miejscu.


     A dziś jeszcze wyjdę, odbiorę bilety do teatru, pospaceruję po mokrym mieście i wystroję się tylko dla siebie.

Grafika Recite

środa, 18 września 2013

Secret life of things...

     Nie mam kompulsywnych zachowań w stylu zbieractwa, ot po prostu chomikowanie rzeczy częściowo zbędnych, którym na wyrost przypisuję sentymentalne wartości. Wzruszam się łatwo, o czym piszę często, i daję się rozmiękczyć przez kulawego psa, ciepłe i niespodziewane gesty czy parę staruszków. Ostatnio wzruszyła mnie lampa - choć chciałabym napisać trzęsąca się z zimna lampka. Daję się ponieść przez wiarę w to, że przedmioty wiodą tajne życie z dala od naszego wzroku, lubią być dopieszczone, jak drukarka, która odmawia posłuszeństwa dopóki nie zostanie pogłaskana. 
    

   

Am I crazy? 

Plus uwielbiam fotografie Terry'ego Bordera z cyklu Bent Objects: The Secret Life of Everyday Things. Pomysłowe, zabawne, i takie sprytne. Aha..i nie płaczę patrząc na nie, nie jest ze mną jeszcze tak źle.

Wysyłkowa panna młoda. I krzesło, żeby nikt nie przeszkadzał...cudne!
Mail-Order Bride.
no tak, ludzie nie akceptują owłosionych pleców na plaży...
Kiwi Getting Ready for the Beach.
Cwaniak.
teraz zastanawiam się dwa razy zanim rozkleję markizę... 

     Nie mam pomysłu na żadną puentę. Robię kawę, przegryzam herbatniki. Jeszcze jeden dzień deszczu i stanę się zawodową zrzędliwą kompozycją piżamy, cętkowanych leginsów i bluzy z kapturem, która pochodzi chyba ze średniowiecza. Czuję, że ścieżka kariery i rozwoju w tym kierunku jest nieograniczona.

I need banana hugs!

wtorek, 10 września 2013

Tu i teraz

    Zamówiłam "Sztukę minimalizmu". Taka książka, co to pomoże mi pozbyć się jednej trzeciej zawartości szafy, półek, kartonowych pudełek, a najlepiej zrobi to za mnie. Zamówiłam książkę tak jak dziesiątki innych rzeczy przez allegro i po raz pierwszy się przeliczyłam, a pieniądze odzyskałam dopiero po zapowiedzi złożenia doniesienia o popełnieniu przestępstwa. Tym samym odebrałam wymowny sygnał, że nie wyręczy mnie ani książka, ani telewizyjne mydliny o sprzątaniu.
    Było to w lutym i od tamtych dni zdążyłam kilkakrotnie namówić się do wyrzucania niepotrzebnych rzeczy - oczywiście tylko dlatego, że mam na głowie ważne spawy, nie cierpiące zwłoki (niech żyje prokrastynacja, ahoj!). Ale też pewnie trochę dlatego, że jako wielki chomik żyjący na niewielkiej przestrzeni i ciągle szybko przywiązujący się do nowych papierów, zginęłabym marnie.
   Ostatnio zagrzebuję się w starych "Zwierciadłach", "Wysokich obcasach" i, trudno napiszę to, "Cosmopolitanach". Na pociągowe wyprawy zwykłam zabierać coś do czytania i do oglądania, i tych ostatnich pozbywam się dziś bez bólu, ale wspominam wszystkie quizy, które śmiertelnie poważnie rozwiązywaliśmy z Kotem, choć nie umieliśmy znaleźć czasem logicznego powiązania pomiędzy pytaniem, a proponowanymi odpowiedziami. Nie dowiedzieliśmy się niestety jak być zawsze crazy sexy cool i jak w pół minuty rozpalić wszystkie zmysły, ale często mieliśmy niezły punkt startowy do rozmów i dyskusji, a to rozmowa okazywała się najbardziej podniecająca... Czy tak całkiem najbardziej to chyba się pospieszyłam z tym przymiotnikiem.
Zebrałam całą tę bibliotekę i oddałam sąsiadom z przykazaniem, żeby po przeczytaniu wyrzuciły bez skrępowania. W odwecie dostałam cały stos mniej lub bardziej ambitnych czasopism i teraz muszę je wszystkie przeglądnąć, bo mam coś z głową i wyrzucenie nieprzeczytanej gazety boli mnie jak marnowanie jedzenia.
    Przy okazji oglądania kolorowych obrazków narozmyślałam się jak zwykle o życiu, świecie i życiu na tym świecie. Miewałam potrzebę znęcania się nad sobą i skrzętnie analizowałam każde dane mi, a niedotrzymane słowo. To zawsze decydowało o bezsennej nocy. Miałam też kilka zupełnie mądrych spostrzeżeń i jeszcze więcej takich, których już nawet nie pamiętam.
   W tych udrękach ducha i ciała towarzyszą mi Domowe Melodie. Mam wrażenie, że mokrą gąbką ścierają chaotyczne równania z mojej tablicy i upraszczają wszystko do dwa plus dwa. Jeden plus jeden. Tu i teraz.

Uwielbiam!


To, że jesteś taki jak ja
i dokąd wracać nie masz, ale iść,
bo cały świat się modli o nas

Mijają dni, a w kilka lat
stopy zmieniła Ci ziemia, ale dziś
jakbyś nowy czas zrozumieć miał

Jesteśmy tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz

Ja wiem nie łatwo iść będzie nam,
a deszcz po burzy się zbiera 
Tak jak ja zostawiasz w snach
cały niepokój
A szafy ciężkie i to co mam
powoli woda zabiera
Dam Ci czas, i Ty mi daj.

Jesteśmy tu i teraz
tu i teraz
tu i teraz


wtorek, 25 czerwca 2013

“If you have a goal, write it down. If you do not write it down, you do not have a goal - you have a wish.”

      Podobno dopóki nie zapiszesz swoich marzeń na kartce i nie staną się "listą zakupów i spraw do załatwienia", ciągle będę tylko pobożnymi życzeniami. Przygotowując się do pracy, naczytałam się motywujących cytatów, które napchały mnie jak tłustoczwartkowe pączki, z tą różnicą, że zamiast podwójnie ciążącej grawitacji, czułam że tym razem zrobię coś, mhmm, tak jest, odbędę ważną rozmowę, aby w końcu zebrać do kupy siebie, Kota i pchnąć do przodu ten nasz wesoły tandem. Co prawda ambicji wystarczyło mi na sześciogodzinny dzień pracy, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że od tego czasu ciągle myślę i planuję jak zmusić Wąsatego Pożeracza Myszy do działania, choćby nawet do spisania  planów. Z listą zakupów wychodzi mi zdecydowanie łatwiej...i nie pocą mi się przy tym dłonie. Przez ostatnie dni zachowują się jak prosiak, szwendam się więc nadąsana i zła na siebie za niemożliwość wypowiedzenia kilku słów, pozostających ze sobą w logicznej, przyczynowo-skutkowej zależności, które by precyzyjnie opisały czego chcę i co mi się nie podoba. Kwik.

Fot.

      Podsumowując, tylko wczoraj sto razy pomyślałam, że jestem beznadziejna i nie ma dla mnie ratunku; trzydzieści razy powiedziałam "kocham cię" ( z czego prawie połowa została wymuszona przez K. poprzez całus w nos, no cóż, takie są zasady i dopóki guzik działa nic nie można z tym zrobić..); dwadzieścia razy płakałam z tylko sobie znanych przyczyn, a tylko dwa razy oglądając filmiki na youtube;  w przypływie namiętności i czochrania Kociej grzywy zadrapałam mu pieprzyk i na koniec zasnęliśmy, dociskając chusteczkę do rany, tamując krwawienie. A w tym to ja już mam wprawę, bo dzień wcześniej przy okazji rodzinnej uroczystości i wciśnięciu się w buty na wysokim obcasie przy siedmiuset (czy ciut mniej) stopniach Celsjusza, zmaltretowałam swoje stopy i nawet usłyszane dwadzieścia razy, że wyglądam cudownie nie przyniosło ukojenia i ulgi.
   


     Teraz dodatkowo nie opuszcza mnie myśl, że dokądkolwiek zmierzamy, jakikolwiek plan zrodzi nam się w głowach czy pojawi na kartce papiercu, zapowiada się ciężka rozgrywka, trudny czas podejmowania decyzji, krew, pot i łzy, zamieszanie i zamęt...istny kociokwik!



Nadąsana świnka z
http://society6.com/agnesTrachet/ 


“If you trust in yourself...and believe in your dreams...and follow your star... 
you'll still get beaten by people who spent their time working hard 
and learning things and weren't so lazy.”

-Terry Pratchet ,The Wee Free Men


True story.